Znasz to. Klient dzwoni i jest gotowy na wojnę.
Ktoś kradnie jego znak, kopiuje produkt, podszywa się pod markę, którą budował latami. Słowa, których używa, są — nazwijmy to — plastyczne. Emocje są prawdziwe. I ma rację, że jest wściekły — bo z jego perspektywy to oczywiste naruszenie, oczywista kradzież, oczywista bezczelność.
Twoja praca zaczyna się właśnie tutaj. Nie przy piśmie. Nie przy rejestrze. Przy tym pierwszym telefonie, gdy musisz jednocześnie dać klientowi poczuć, że go słyszysz — i zacząć myśleć trzeźwo, bo on w tej chwili nie może.
To jest ten moment, który decyduje o całej sprawie. I o którym za mało się mówi.
Najpierw: pomóż klientowi spojrzeć w lustro
Pierwsza rzecz, którą robię, zanim cokolwiek wyślę drugiej stronie, to siadam z klientem i pytam: co właściwie mamy? Nie co czujesz, że masz. Co faktycznie mamy w sensie prawnym.
Czy masz zarejestrowany znak towarowy? Masz prawo autorskie do tego konkretnego materiału? Czy masz wzór przemysłowy, patent — i czy on nadal obowiązuje, na tym terytorium, wobec tego konkretnego działania, które Cię wkurza?
Klient tego nie wie. Często nie wie nawet, co ma w portfelu praw. Przychodzi z poczuciem krzywdy i oczekiwaniem, że „coś się zrobi”. Twoją rolą jest zrobić z nim remanent — zanim cokolwiek się wyśle, zanim gdziekolwiek się zadzwoni.
Bo wezwanie oparte na znaku, który w tym kontekście nie zadziała, to nie jest wezwanie. To jest zaproszenie do polemiki. Albo — co gorsza — do kontrwezwania, które Twój klient dostanie za kilka tygodni i które postawi Cię w bardzo trudnej pozycji.
Mieliśmy po obu stronach sprawy, które wyglądały jak oczywiste naruszenia. I które rozpadały się przy pierwszym fact-checkingu. Patent wygasł. Znak nie obowiązuje na tym terytorium. Wzór był ujawniony przed datą zgłoszenia. Prawo, na którym klient chciał się oprzeć — po prostu nie istniało w takiej formie, w jakiej je widział.
Dlatego: zanim zaczniesz pisać, zrób ten audyt razem z klientem. To porządkuje i jego, i sprawę.
Potem: dowody, których klient nie chce zbierać
Klienci nie lubią zbierać dowodów. Chcą wygrać sprawę na podstawie swojego oburzenia. Twoja praca polega między innymi na tym, żeby przekonać ich, że bez dowodów nie ma sprawy — i że te dowody trzeba zebrać teraz, nie za miesiąc.
Dowody z internetu żyją krótko. Story znika po 24 godzinach. Aukcja znika gdy produkt się sprzeda. Profil można usunąć z dnia na dzień. Dlatego dokumentowanie to must have — i to zrobiony szybko.
Co to znaczy robić to dobrze? Zrzut ekranu to za mało. Zrzut ekranu bez widocznego adresu URL, bez daty, bez nazwy konta — to materiał, który trudno obronić. Dobry dowód to taki, który można zweryfikować: widać datę, widać źródło, widać co dokładnie jest naruszone i przez kogo.
Widziałam to wiele razy: klient starannie zachował zdjęcie produktu-kopii, ale nie zachował linku do sklepu. Mamy zdjęcie, nie wiemy skąd. Albo jest zrzut z Instagrama, ale nie widać daty posta — a data jest kluczowa, bo określa, od kiedy naruszenie trwa, i decyduje, które prawo jest właściwą podstawą oceny.
Jeszcze jeden klasyczny błąd: przy wzorach przemysłowych klient sam ujawnił swój produkt przed datą zgłoszenia. I nagle z poszkodowanego robi się ten, który ma problem.
Ucz klientów zbierania dowodów od pierwszego dnia. I sprawdzaj, jak to robią.
I dopiero wtedy: działanie
Trzy ścieżki, które warto z klientem przemyśleć zanim się zdecyduje na konkretny ruch:
Ścieżka 1: wezwanie do zaniechania naruszeń.
Formalne pismo, które precyzyjnie określa prawo wyłączne, naruszenie i żądania. Właśnie tu robi się najwięcej błędów. Do tego zaraz wrócimy.
Ścieżka 2: działania faktyczne.
Zgłoszenia do platform, blokady, zawiadomienia. Gdy ktoś podszywa się pod klienta masowo, kradnie tożsamość konta, kopiuje całą serię materiałów — wtedy nie ma czasu na procedury. Trzeba działać natychmiast, równolegle z resztą.
Ścieżka 3: postępowanie sądowe.
Ostateczność, nie punkt startowy. I wymagająca wcześniejszej oceny: czy warto? Jakie są szanse? Czy naruszający działał świadomie czy nie? Część osób, gdy dostanie profesjonalne wezwanie, po prostu przestanie — bo chce uczciwie prowadzić biznes, a nie przepalać pieniędzy w sporze.
Klient często chce od razu ścieżki trzeciej. Twoją rolą jest pokazać mu całą mapę.

A gdy to klient dostał wezwanie
Pomyśl o przedsiębiorcy prowadzącym firmę od trzydziestu lat. Uczciwie, konsekwentnie. Pewnego dnia dostaje pismo pełne paragrafów, żądań, terminów i groźby postępowania sądowego. To jest stan przedzawałowy — i to nie jest przenośnia.
Twoja rola tutaj jest równie wymagająca. Musisz ocenić, czy roszczenie jest zasadne — bo wiele wezwań, które trafiają do klientów, nie jest. Patent wygasł. Znak nie obejmuje tych towarów. Terytorium jest inne. Naruszenie jest konstruowane na siłę.
Ale żeby to ocenić, musisz wiedzieć, co sprawdzić i jak to czytać. W IP to nie jest intuicyjne — nawet dla dobrych prawników z innych dziedzin.
Pytania, które warto sobie zadać
I tu dochodzimy do sedna. Do pytań, które rzadko zadajemy sobie głośno, bo autopilot działa.
Czy wiesz, jak ocenić, czy wezwanie, które trafia na Twoje biurko — powołujące się na cudzy patent, znak, wzór — jest zasadne? Nie czy jest dobrze napisane. Czy jest zasadne.
Potrafisz sprawdzić, czy prawo, na które powołuje się druga strona, jest ważne, aktualne i skuteczne wobec tego, co robi Twój klient?
Czy wiesz, jakie daty mają tu kluczowe znaczenie — i dlaczego pomylenie ich może być błędem, który potem trudno odkręcić?
A gdy to Ty piszesz wezwanie — czy jesteś pewien, że prawidłowo identyfikujesz naruszenie? Że nie mieszasz kategorii praw? Że wiesz, które elementy muszą się w tym piśmie bezwzględnie znaleźć, a które mogą Cię wpędzić w kłopoty?
Widziałam wezwania pisane przez dobrych, doświadczonych prawników z innych dziedzin, które w IP po prostu nie trzymały się kupy. Nie dlatego, że byli złymi prawnikami — dlatego, że własność przemysłowa rządzi się bardzo specyficznymi regułami, których nie da się ekstrapolować z ogólnej praktyki cywilnej czy procesowej.
Wezwanie do zaniechania naruszeń w IP to nie jest pismo wzywające do zapłaty faktury. To dokument, w którym musisz precyzyjnie nazwać prawo wyłączne, określić zakres ochrony, wskazać konkretne naruszenie i osadzić to wszystko w odpowiednich datach. Bo daty w prawie własności przemysłowej mają znaczenie, którego nie wolno bagatelizować.
Jeżeli po tych pytaniach choćby przez chwilę pomyślałeś „hm, faktycznie, nie jestem w tym tak pewny” — to właśnie dla Ciebie są te warsztaty.
Warsztaty: 23 i 30 kwietnia – konkretne umiejętności i wzory
Dwuczęściowe warsztaty o wezwaniach do zaniechania naruszeń — dla pełnomocników, prawników i rzeczników, którzy chcą to robić pewnie i dobrze.
23 kwietnia — gdy klient dostaje wezwanie. Jak je analizować, jak ocenić siłę roszczeń drugiej strony, jak odpowiadać (i kiedy nie odpowiadać), jak rozmawiać z klientem, który jest w stanie przedzawałowym.
30 kwietnia — gdy klient chce wysłać wezwanie. Jak je skonstruować, żeby było skuteczne i rzetelne, jakich błędów unikać, co koniecznie musi się w nim znaleźć — a czego nie wolno pisać.
Na obu sesjach: narzędzia pracy rzecznika, wzory dokumentów, casy z życia wzięte — te kuriozalne i te, które wyglądały poważnie, a rozpadły się przy pierwszym pytaniu z drugiej strony. I przestrzeń na pytania, bo to jest warsztat, nie wykład.
Jeżeli chcesz dołączyć zarezerwuj miejsce, masz pytania – napisz na kancelaria@poraj.com, a wyślę Ci szczegóły.
Do zobaczenia 23 i 30 kwietnia.