Kilka refleksji po konferencji „Patent na sukces”. Renoma znaku towarowego – moje przemyślenia.

Konferencja „Patent na sukces” na Uniwersytecie Gdańskim [6.03.2026] zostawiła mnie z kilkoma ważnymi refleksjami. Pojawiły się tam wątki dotyczące grace period przy zgłoszeniach patentowych, fizyki kwantowej, AI jako narzędzia wspierającego pracę, ale wymagającego weryfikacji przez człowieka, a także bardzo praktyczny problem niskiej świadomości ochrony własności intelektualnej po stronie startupów i MŚP, które czasem popełniają błąd już na starcie — ujawniając rozwiązanie zbyt wcześnie albo zbyt późno myśląc o ochronie.

To wszystko były tematy ważne i potrzebne. Dla mnie jednak jednym z najcenniejszych punktów całej konferencji był wykład sędzi Weroniki Klawonn. Wykład poświęcony wykazywaniu renomy znaku towarowego przed sądem własności intelektualnej.  Dlaczego? Cóż z perspektywy pełnomocnika przez lata renoma znaku towarowego wraca co jakiś czas w różnego rodzaju postępowaniach. 

I właśnie po tym wystąpieniu jeszcze mocniej wróciła do mnie myśl, która od lat towarzyszy mi w praktyce. Renoma nie może być założeniem. Renoma znaku towarowego musi być wykazana.

Wydawało mi się, że to jest oczywiste

Szczerze mówiąc, długo wydawało mi się, że wykazywanie renomy jest czymś oczywistym. Że skoro ktoś chce korzystać ze szczególnej ochrony właściwej dla znaku renomowanego, to równie oczywiste jest, że musi tę renomę rzetelnie wykazać.

A jednak praktyka przez lata pokazywała mi coś innego.

Zbyt często spotykałam się z podejściem opartym bardziej na domysłach niż na dowodach. Z rozumieniem renomy jako pewnej „dobrej sławy marki”, a nie jako renomy konkretnego znaku towarowego. Z argumentacją budowaną na przeczuciu, intuicji i ogólnym wrażeniu siły rynkowej. Zamiast na materiale dowodowym, który rzeczywiście da się ocenić i zweryfikować. Ba spotkałam się nawet z zastąpieniem materiału dowodowego – prywatnym “zaświadczeniem o renomie”. 

I właśnie dlatego ten wykład tak mocno ze mną zarezonował.

To nie jest tylko problem sądowy

To zresztą nie jest problem, który widzę wyłącznie przed polskimi sądami. Spotykałam się z nim także w postępowaniach przed Urzędem Patentowym RP i EUIPO. W różnych forach wraca bowiem ten sam mechanizm: skłonność do traktowania renomy jak czegoś oczywistego, co rzekomo „samo się broni”, „wynika z pozycji rynkowej” albo „każdy to wie”.

Tylko że właśnie tu zaczyna się problem.

Bo w prawie nie chodzi o aurę wokół marki. Nie chodzi o przekonanie strony o własnej pozycji. Nie chodzi o to, że coś wydaje się oczywiste. Chodzi o fakt, który ma znaczenie prawne i który trzeba wykazać. W pełni się z tą teza zgadzam. 

To jest dla mnie punkt absolutnie podstawowy: renoma w postępowaniu nie jest nastrojem, sugestią ani intuicją. Jest faktem. A skoro jest faktem, to podlega udowodnieniu. 

Marka to nie to samo co renomowany znak towarowy

Jedna z rzeczy, które szczególnie mocno wybrzmiały w wykładzie, dotyczyła rozróżnienia, o którym w praktyce zdecydowanie za często się zapomina: przedmiotem dowodu jest renoma znaku towarowego, a nie marki.

To nie jest subtelność teoretyczna. To jest różnica, która potrafi przesądzić o całej sprawie.

W praktyce bardzo łatwo przesunąć ciężar argumentacji z konkretnego znaku towarowego na ogólną siłę brandu, rozpoznawalność firmy, komunikację marketingową, wydatki promocyjne czy popularność produktów. To wszystko oczywiście może mieć znaczenie. Tylko że to nadal nie odpowiada jeszcze na pytanie, które z punktu widzenia prawa jest kluczowe: czy konkretny znak towarowy cieszy się renomą we właściwym kręgu odbiorców.

Nieodróżnianie pojęcia marki od pojęcia renomowanego znaku towarowego jest zresztą codziennością. Widać to nie tylko w sporach, ale dużo wcześniej — w sposobie myślenia o ochronie, strategii i dowodach. To właśnie dlatego regularnie wracamy do tego tematu na szkoleniach, zarówno dla przedsiębiorców, jak i dla pełnomocników. Bo bez zrozumienia tej różnicy bardzo łatwo budować argumentację, która brzmi przekonująco, ale nie trafia w istotę problemu.

Nie wystarczy przedłożyć badania

Co do dowodów, mam jeszcze jedną refleksję z praktyki: samo przedłożenie badania nie rozwiązuje problemu.

Badania świadomości bywają przedstawiane w postępowaniach, ale nierzadko są po prostu błędnie zaprojektowane. Albo nie odpowiadają na to, co w danej sprawie rzeczywiście trzeba wykazać. I w moim doświadczeniu nie zawsze wynika to nawet z intencji strony. Często problem jest bardziej podstawowy — z braku zrozumienia, jakiego rodzaju badanie jest potrzebne, co dokładnie ma ono pokazywać i w jaki sposób powinno zostać przeprowadzone.

Dotyczy to także samego zlecenia badania. Jeżeli instytut badawczy nie dostanie precyzyjnie postawionego celu albo sam nie rozumie, że chodzi o renomę konkretnego znaku towarowego, a nie o ogólną rozpoznawalność przedsiębiorcy, marki czy produktu, to efekt może być pozornie profesjonalny, ale procesowo mało przydatny.

Właśnie dlatego tak ważne jest, by od początku wiedzieć, o jaki dowód chodzi i co ten dowód ma potwierdzać. Bo w sprawach o renomę bardzo łatwo stworzyć materiał, który dobrze wygląda, ale nie odpowiada na pytanie naprawdę istotne z perspektywy postępowania. Rodzaje badań są różne i zamawiając je, warto sprawdzić, czy ten kto ma je robić naprawdę rozumie pojęcia, cel, metodę. 

Jestem zwolenniczką metod, nie działania ad hoc

Jestem zresztą ogromną zwolenniczką sięgania do metod, a nie działania ad hoc. Tak jak przy analizie zdolności odróżniającej czy ryzyka konfuzji nie opieramy się na intuicji. Opieramy się na wypracowanych kryteriach i uporządkowanym sposobie oceny, tak samo powinniśmy podchodzić do ochrony znaku renomowanego.

Także tutaj potrzebna jest metoda: precyzyjne rozróżnienie pojęć, właściwe ustalenie, co w ogóle ma być przedmiotem dowodu, jakie badania mają sens i jak oceniać ich przydatność. Tam, gdzie zaczyna dominować przypadkowość, ogólne wrażenie albo procesowe „jakoś to będzie”, bardzo szybko gubimy to, co najważniejsze — rzetelność analizy.

I być może właśnie tego w sprawach o renomę wciąż brakuje zbyt często: nie kolejnych wielkich słów o sile marki, ale spokojnego, metodycznego podejścia do tego, co i w jaki sposób naprawdę trzeba wykazać. Skąd się to bierze? Oczywiście z ograniczonych budżetów, wykorzystywania badań jakie już posiadają przedsiębiorcy, z nieumiejętności wyboru i przeprowadzenia właściwych badań przez instytuty/agencje. 

W postępowaniach j trafiamy także  na siłę “przekonania”. 

Najłatwiej pomylić przekonanie z dowodem

W moim odczuciu to jest sedno problemu: w sprawach o renomę wyjątkowo łatwo pomylić siłę przekonania z siłą dowodu.

Strona jest przekonana, że znak jest silny. Jest przekonana, że jest rozpoznawalny. Jest przekonana, że „wszyscy go znają”. Czasem rzeczywiście stoi za tym duży biznes, intensywna komunikacja, wieloletnia obecność na rynku. Ale to nadal nie zwalnia z obowiązku wykazania renomy w sposób procesowo rzetelny.

I nie, organ ani sąd nie ma sobie tego sam dopowiedzieć. 

Nie powinno też wystarczać ogólne wrażenie, prestiż branżowy czy samo powołanie się na to, że znak „ma renomę”, bo od lat tak się o nim mówi. Jeżeli ktoś chce korzystać z ochrony właściwej dla znaku renomowanego, powinien przedstawić materiał, który rzeczywiście to potwierdza. Dostęp do takiego materiału jest też prawem strony. 

Problem zaczyna się wtedy, gdy dowód zastępuje “jakiś certyfikat”

Na przestrzeni lat spotykałam się też z mechanizmami, które budzą mój duży sceptycyzm. Mam na myśli sytuacje, w których realne wykazanie renomy próbuje się zastąpić jej pozorem. Zewnętrznym „potwierdzeniem”, prestiżowym rzekomym nawet jednym certyfikatem potwierdzającym renomę,  dokumentem, którego nie sposób realnie zweryfikować, albo konstrukcją opartą bardziej na autorytecie niż na metodologii.

Jeżeli nie wiemy, kto, na jakiej podstawie i według jakich kryteriów uznał znak za renomowany, jeżeli nie mamy dostępu do danych, nie znamy metodologii, nie możemy ocenić niezależności całego procesu. Do tego pojawia się jeszcze pytanie o konflikt interesów, to trudno mówić o rzetelnym materiale dowodowym.

Wtedy zamiast dowodu dostajemy “etykietkę”.

A “etykietka” nie powinna wystarczać tam, gdzie mówimy o ochronie o tak szczególnym znaczeniu.

Renoma znaku towarowego nie może prowadzić do zawężania ochrony

Jest jeszcze jeden aspekt, który od lat uważam za szczególnie ważny. W praktyce spotykałam się także z takim sposobem myślenia o renomie, który paradoksalnie prowadził do zawężania ochrony i ograniczeniu prawa do ścigania naruszeń właśnie dlatego, że znak jest renomowany.  

“Znak jest tak rozpoznawalny, że nikt tych dwóch oznaczeń nie pomyli” 

To również budzi mój sprzeciw.

Bo renoma znaku towarowego nie powinna działać przeciwko uprawnionemu. Nie powinna stawać się argumentem, który osłabia ochronę albo utrudnia reagowanie na naruszenia. Ten trend mam nadzieję, był wpadkowym i nie będzie się już pojawiał w orzecznictwie.   

Dlaczego ten temat jest tak ważny

Właśnie dlatego ten wykład uważam za tak cenny. Nie dlatego, że powiedział coś nowoczesnego czy efektownego. Tylko dlatego, że wrócił do fundamentu.

Przypomniał rzecz podstawową: renoma znaku towarowego nie może być deklarowana, sugerowana, „wyczuwalna” ani oparta na samym przekonaniu o sile marki. Jeżeli ma mieć znaczenie w postępowaniu, musi być wykazana. Rzetelnie. Precyzyjnie. W sposób, który da się sprawdzić.

I być może właśnie to było dla mnie najważniejsze po tej konferencji. Uświadomienie sobie po raz kolejny, że w prawie własności przemysłowej stare problemy nie znikają. One wracają. Czasem nawet w bardziej niebezpiecznej formie, bo opakowane są w pozór oczywistości.

A ja coraz mocniej myślę o tym w ten sposób: im bardziej coś wydaje się „oczywiste”, tym większa powinna być nasza czujność. 

Bo w sprawach o renomę naprawdę zbyt łatwo pomylić renomę z reputacją, reputację z marketingiem, a marketing z dowodem.

A na taką pomyłkę w postępowaniu po prostu nie powinno być miejsca. 

Jak wspieramy biznes i uczymy chronić własność intelektualną w praktyce


Masz pytania? Skontaktuj się ze mną: 👉 acybulka@poraj.com

Sprawdź też mój ostatni wpis: 👉 „To nie my”. Deepfake, podszywanie się pod markę i walka z czasem

Dodaj komentarz