Klient. Sprawa. Termin. Dziecko chore. Pies do weterynarza. Mama dzwoni. Zebranie zarządu stowarzyszenia. Trening o 18. Lot w piątek. I gdzieś w tle — ta jedna myśl, która nie odpuszcza:

Dlaczego nie daję rady utrzymać balansu?

Znam tę pętlę. Przez lata siedziałam w niej sama. 

Bajka o równowadze, w którą wszyscy wierzyliśmy

Powiedziano nam — dobrze, może nie dosłownie, ale przekaz był jasny — że jeśli jesteś zorganizowana, masz jasne granice, oddzielasz pracę od życia, to wszystko będzie działać. Praca tu. Rodzina tam. Sport w środę. Odpoczynek w niedzielę.

Brzmi pięknie.

Dla niektórych może to jakoś  działa. Dla mnie nie. 

Jeśli jesteś pełnomocniczką — i do tego kobietą, mamą, czasem córką starzejących się rodziców, szefową kancelarii, działaczką społeczną i człowiekiem, który chce jeszcze mieć swoje pasje, podróżować, być w lesie, żyć — to ta układanka rzadko kiedy pasuje do rzeczywistości.

Bo rzeczywistość nie pyta o Twoje granice.

Klient nie zawsze dzwoni w godzinach pracy. Choroba dziecka nie planuje się na spokojny tydzień. Sprawa sądowa nie czeka, aż wrócisz z urlopu. Masz termin — i nikogo nie interesuje, czy wakacje zaplanowałaś pół roku wcześniej.

Czy tak musi być? To oddzielna rozmowa.

To, czego mnie to nauczyło, to jedno: lepiej planować to, na co mam wpływ. To szczerze polecam. Ale wiesz co? Choć planowałam, jak tylko mogłam, i dążyłam do tego idealnego balansu — tym bardziej czułam, że życie śmieje mi się prosto w twarz.

Całe szczęście ocknęłam się, zanim zwariowałam. 

Zmiana koncepcji: z balansu na integrację

Przestałam szukać równowagi. Zaczęłam szukać integracji.

To nie to samo.

Balans zakłada, że wszystko musi być po równo — albo przynajmniej pod kontrolą. Integracja mówi: tego dnia, w tym tygodniu, zrób to, co możesz, z tym, co masz.

Są tygodnie, kiedy kancelaria pochłania mnie całkowicie — i to jest okej. Są dni, kiedy ważniejszy jest czas z dziećmi. Są momenty, kiedy godzina w lesie ratuje mi więcej niż trzy godziny przy biurku.

Nie ma idealnego wzoru. Jest tylko mój wzór — na ten konkretny czas, w tej konkretnej sytuacji.

Co powiedział trener mistrzów

Czytając książkę Tima Grovera — człowieka, który przez lata trenował Michaela Jordana i pracował z zawodnikami na absolutnym szczycie — trafiłam na fragment, który odsłania brutalną prawdę ukrytą za wielkimi osiągnięciami.

Grover nie mówi o równowadze. Mówi o pełnym zaangażowaniu — i o tym, że najlepsi na świecie nie szukają balansu. Szukają czegoś innego: wiedzy, kiedy dać z siebie wszystko, i wiedzy, kiedy odpuścić bez poczucia winy. Nie próbują być jednocześnie wszystkim dla wszystkich. Są całym sobą tam, gdzie akurat są.

To nie jest wezwanie do pracoholizmu. To jest wezwanie do świadomości.

I choć Grover pisał o sportowcach walczących o mistrzostwo — ta zasada działa równie brutalnie w kancelarii, w sali sądowej i przy kuchennym stole o 7 rano, gdy jednocześnie sprawdzasz terminy i próbujesz zjeść śniadanie z dziećmi.

Czy jest cena za takie podejście? Pewnie wiecie — ale oczywiście, że jest. Przeczytajcie Grovera sami. A czy warto? Tu każdy musi odpowiedzieć sobie sam — czego chce. 

Kiedy ktoś nie szanuje Twojego czasu

W życiu zawodowym pełnomocniczki wychodzi to szczególnie boleśnie.

Klient, który dzwoni w ostatniej chwili z pytaniem, które czekało u niego przez miesiące. Sąd, który traktuje Twój czas jako zasób bez limitu. lub zrozumeinia.  Sprawa, która „musi być na jutro”, bo ktoś przez trzy tygodnie — albo trzy lata — zwlekał z decyzją.

Nie masz wpływu na to, co inni robią ze swoim czasem. Masz wpływ na to, co robisz ze swoim.

I tu nie chodzi o twarde „nie” przy każdej okazji. Są sytuacje pilne i po prostu trzeba działać — to jest część tego zawodu. Chodzi o co innego: o wiedzę, kiedy to „nie” jest konieczne, żebyś mogła powiedzieć „tak” temu, co naprawdę ważne.

Dotyczy to też tych trudniejszych, bardziej niezręcznych momentów — dziwnych spotkań, których nie chciałaś, ludzi żyjących w zupełnie innym tempie i innej czasoprzestrzeni, którzy próbują Cię przyciągnąć do swojego rytmu. Oni mogą mieć jednak inną sytuację, inny zawód, inne terminy, inne rodziny, godziny pracy, inną liczbę obowiązków.  Nieuniknione jest mówienie „nie, dziękuję, ale nie przyjdę” — niezręczne, niewygodne, ale konieczne. Przy tej okazji, mam nadzieję, że teraz każde nie dla różnych  propozycji, zadań, spotkań będzie bardziej zrozumiałe. To akt walki o zdrowy umysł i nie tylko:) Wybieranie nie jest wartościowaniem np.  czy kogoś lubimy lub nie, czy spotkanie jest wartościowe czy nie – tego jest po prostu za dużo…

Integracja związana jest  dla mnie nieodłącznie  z tym trudnym  ograniczaniem. Nie pasuje, nie zmieszczę tego, nie jest moje — robię tyle, ile możliwe tu i teraz, i tylko tyle, z czym się zgadzam i co mi służy.

Nie ma jednego sposobu. Jest Twój sposób.

Przez lata testowałam różne podejścia. Kalendarze blokowe. Poranki tylko dla siebie. Tygodnie tematyczne. Cyfrowy detoks w weekendy. Pracę w każdy weekend, gdy było trzeba. Trening jako nagrodę — i jako obowiązek. Podróże jako reset, jako motywator, jako dowód, że poza kancelarią istnieje świat.

Coś działa, coś przestaje działać, coś wraca.

Nie ma jednego triku dobrego na wszystko i dla każdego. Każda sytuacja, każdy etap życia, każda kancelaria — wymaga innego podejścia.

Z czasem tworzysz swój własny system. Nie z poradnika. Nie z webinaru. Z prób, błędów i rosnącej znajomości siebie.

I to jest właśnie najcenniejsze. Nie przepis, ale wiedza o tym, czego Ty potrzebujesz i paleta rozwiązań do wyboru. 

A Ty — jakie masz sposoby? Co u Ciebie działa — balans, integracja, coś trzeciego?

Napisz w komentarzu. Przeczytam:)

Dodaj komentarz